paradoks Miłości

Bóg dał człowiekowi wolną wolę, więc nie może nikogo zmuszać do miłości, Jego trzeba wybrać. To jest paradoks: Wszechmogący, który wszystkiego nie może. Przychodzi i prosi o miłość. 
ks. Jan Twardowski

Ostatnio coraz mocniej zdaję sobie sprawę, że istnieje w świecie duży deficyt miłości. Żyjemy, śnimy i umieramy… samotnie. Czekamy, aż ktoś nam powie: kocham cię; aż ktoś zapewni, że jest obok; aż ktoś przytuli, gdy będziemy w potrzebie. Czasem się tak dzieje – jednak nie zawsze i nie u każdego. Samotność nie mija, a pobłębia się. Niby wszyscy o tym wiemy, a jednak… często nie umiemy, nie chcemy, boimy się tę samotność zmniejszyć. Ona przecież nie zawsze jest zła, nie musimy jej tępić. 
„Ale żeby chociaż tak nie bolało” – powiedziała do mnie jedna z moich koleżanek. „Chociaż tak…”.

Półtora roku temu zmarł mój dziadek. Rak żołądka, który się do niego przyczepił, strasznie go wyniszczył. Dziadek przez ostatnie miesiące swojego życia jadł przez sondę. Bardzo długo zachował swoją żywotność – i nawet spacerował po kilka kilometrów dziennie. Jednak niedługo przed śmiercią strasznie się pogorszyło. Dziadek zasłabł. Wykryto mu wodę na płucach – „nie opłacało się” już tego leczyć… Dziadek z dnia na dzień słabł coraz bardziej. Wszystkiego, co wokół niego się działo, był świadomy. Również nadchodzącej szybko śmierci… Ale i tego, że jest kochany...
A może przede wszystkim tego?
Przyznam, że wiele lat miałam trudność, aby moich dziadków odwiedzić. Nie wiem dlaczego. Już jako mała dziewczynka omijałam ich dom szerokim łukiem. Buntowałam się, kiedy rodzice chcieli, abym z nimi dziadków odwiedziła. Szczerze mówiąc, w obliczu dziadka choroby, niewiele się w tej kwestii zmieniło. Narastał we mnie lęk. I wstyd do siebie samej: nawet dziadka nie potrafisz odwiedzić, przełamać się, nie kochasz go. Choć tak naprawdę: kochałam go. Modliłam się za niego. Może nie umiałam mu tylko tego powiedzieć…
Zaczęłam o tym rozmawiać. Najpierw z Maćkiem – moim byłym chłopakiem, potem zaufanym psychologiem. Lęk nie mijał, ale w końcu zrozumiałam, że on… właściwie nie może mi nic zrobić, jest jakby poza mną. Maciek zaproponował, że oboje pojedziemy do dziadka. Zgodziłam się – mimo że strasznie się bałam. Pojechaliśmy. W domu u dziadków była smutna atmosfera. Wszyscy płakaliśmy, wiedząc, że dziadkowi niewiele zostało już z „tego” życia. Nie chciałam wchodzić do jego pokoju – bojąc się, że nie spotkam MOJEGO dziadka, takiego, jakiego zapamiętałam sprzed choroby, pół roku wcześniej. Podstępem mojej mamy, która opowiedziała dziadkowi o moim chłopaku, zostaliśmy oboje niejako „wepchnięci” do jego pokoju…
Dziadek siedział na łóżku, wychudzoną dłonią podpierając jednakowo wychudzony policzek. Nie przypominał mi kompletnie tej osoby, którą miałam w pamięci. Postarzał się o jakieś 40 lat (wcześniej wyglądał na 50 [nie miał nawet siwego włosa!], potem na 90…). Jego głos był bardzo cichy. W oczach smutek… Nostalgia… Tęsknota? Dziadek nie chciał umierać. Mówił o tym. W telewizji puszczali reklamy lekarstw chyba na wszystkie dolegliwości, jednak żaden nie mógł mu pomóc. I dziadek reklamy oglądął, i płakał, i buntował się.
Na to wszystko patrzyła z boku moja mama i jej siostra. Pomagały dziadkowi w codziennych czynnościach – niemal do końca, ponieważ sześć godzin przed śmiercią dziadek trafił do puckiego hospicjum. Wiedział, czuł, że jest kochany – mimo wszystko. Mimo swojego alkoholizmu. Mimo tego, że wcześniej niekoniecznie przejmował się rodziną – a na pewno o tym nie mówił. Mimo że alkohol mocno go zniszczył. Mimo że najbliższa rodzina musiała mu bardzo przebaczyć, aby dać mu tyle miłości w ostatnich chwilach.
Gdy siedzieliśmy z Maćkiem u dziadka w pokoju, niewiele mówiliśmy. Nie było to jednak potrzebne. Barbarzyństwem byłoby w tym momencie snucie jakichkolwiek teorii. Barbarzyństwem filozofowanie. Milczenie okazało się najlepszym ratunkiem na samotność. Wtedy przyszedł impuls: przytul go, tylko go przytul.
Kiedy nic już nie możesz zrobić, chyba tylko czułość pozostaje.
Siedząc tak na łóżku i trzymając jego kruche ciało w swoich ramionach, czułam też ogromne bicie serca dziadka. I straszne wzruszenie. Potem lekko dotykałam swoją dłonią jego plecy. „Co ty moje gnaty tak dotykasz?” – zaśmiał się. Zaśmiał, a jednocześnie ucieszył.
Do tego stopnia, że mówił o tym – o czym powiedziała mi i ciocia, i mama – nawet w hospicjum, niedługo przed śmiercią. „Agatka to Agatka”.
Nie zasłużyłam na to – tak po ludzku. Nie zasłużyłam, aby ktoś wspominał moje imię w trakcie ostatnich chwil swojego życia.
Nie zasłużyłam, ale to dostałam.
Miłość. Ona jest, naprawdę, może najpierw tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy.

Chciałabym nie zapominać mówić ludziom, że są dla mnie ważni.
Chciałabym pamiętać o tym, jak ważne jest zwykłe przytulenie.
Chciałabym kochać i… czuć się kochana.
Chciałabym, w chwili mojej śmierci, mieć świadomość, że ktoś zwyczajnie JEST.

 MIŁOŚĆ.
Ona naprawdę jest…
Tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy…
W nas i wokół nas.
Wdzięczność.

Popularne posty z tego bloga

Święty niepełnosprawny?

Zlikwidujemy te bariery