Przejdź do głównej zawartości

błogosławić

Przyznam się Wam do czegoś...
Kiedy uczyłam się w gimnazjum, a w mojej parafii rozpoczęły się przygotowania do bierzmowania, jednym z ważnych momentów dla nas był wybór imienia. Niektórzy patrzyli tylko na imię – podyktowane sentymentem, innym razem dobrze brzmiące z pierwszym imieniem i nazwiskiem, a jeszcze inne wydawały się dla niektórych egzotyczne (a dobrze jest się czymś odznaczać). Nie zamierzam oceniać tych motywów. Sama przybrałam imię Teresa. I wcale nie dlatego, że żywiłam jakiś szczególny sentyment czy szacunek do św. Teresy z Avila albo małej Tereski od Dzieciątka Jezus. Tak nie było... Nie chciało mi się szukać żadnej świętej, odrzucały mnie wszystkie średniowieczne dziewice męczennice, odpychały zamurowane wizjonerki czy święte z obciętymi piersiami. Matka Teresa była dla mnie bliższa – mogłam ją obejrzeć w telewizji, wydawała się taką prostą, zwykłą siostrą zakonną.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Jej osoba stanie się dla mnie taka ważna. W życiu bym nie przypuszczała!
Moja starsza siostra, będąca jednocześnie świadkiem podczas przyjęcia Sakramentu Bierzmowania, dała mi książkę o mojej świętej. Nie wiem, jaki był jej tytuł. Autorką była Polka, która spisała jej dzieje w dość prosty, mogłabym powiedzieć infantylny sposób. Jednak wtedy tak nie myślałam, rzecz jasna – i ta prosta książka uświadomiła mi, jak wielkie było Jej zaufanie Panu Bogu. Przecież Matka Teresa założyła zgromadzenie (obecnie znajdujące się na wszystkich kontynentach), nie mając żadnych pieniędzy! Mnie zdarzyło się bez pieniędzy, z zaufaniem do Opatrzności, jeździć kilkukrotnie autostopem po Europie, ona żyła tak przez kilkadziesiąt lat, resztę swojego życia!
Opatrzność… Modlitwa… Zaufanie… Ciemna noc. I Bóg, który przez drugiego mówi, jak bardzo nas kocha!
W kilka miesięcy po moim bierzmowaniu pomyślałam, że chciałabym odwiedzić siostry kalkutki. Wówczas nie miałam pojęcia, że mieszkają też w Polsce. Zaczęłam szukać w internecie. Trafiłam na forum powołaniowe. Dowiedziałam się, co i jak…
przeszłam przez etap liceum, zaczęłam studiować filozofię na krakowskiej 'jagiellonce'…
spakowałam się i... pojechałam!
Pamiętam pierwsze zetknięcie. Maj. Katedra Chrystusa Króla w Katowicach. Koronka do Miłosierdzia Bożego. Siostry, ubrane w swoje sari, obok nich – klęczący mężczyźni. Jak się później dowiedziałam – bezdomni, którym usługują.
Podeszłam do sióstr z dużym plecakiem. Przedstawiam się. Po polsku. Siostry, w przeciwieństwie do mnie, mówiły po angielsku (to jest ich język, którym posługują we wspólnocie), sama wówczas nic nie umiałam powiedzieć.
  • Szczęść Boże, Agata jestem…
  • Ale jesteś ładna – zauważyła s. Alban – masz takie długie, śliczne włosy…
  • Dziękuję. Bardzo chciałam siostry poznać…
  • Wiesz, jeśli chcesz, możesz przyjechać na come&see, mamy taką możliwość… Pracowałabyś z nami 2 tygodnie…
  • Wiem, siostro, że tak można. Właśnie to robię.
Bez zapowiedzi. Bez zastanowienia… Cała Agata. (Choć, jak widziałam potem, one baaardzo rzadko odbierają telefon – więc pewnie i tak bym się nie dodzwoniła). Szaleństwo!
Nigdy nie żałowałam mojej decyzji, chociaż były momenty płaczu, pewnego rodzaju niezrozumienia (głównie ze strony sióstr), czegoś, czego w tamtym momencie nie umiałam pojąć. Przyszło z czasem, musiałam nieco dorosnąć.
Wśród wielu wykonywanych przez te 2 tygodnie zajęć – oprócz, oczywiście, modlitwy (po angielsku!) – najbardziej pamiętam, gdy poszłam z siostrami do domu opieki społecznej. Zapamiętałam chyba wszystkie spotkane twarze. Nie wiem, na co chorowały te osoby. Nie wiem, nie pamiętam, ile czasu w tym domu przebywały. Jednak mam przed moimi oczyma ich spragnione czułości oczy, piękne i uśmiechnięte, choć niekiedy oznaczone cierpieniem twarze…
A od tego czasu minęło już prawie 5 lat...
Pamiętam pana, który leżał w łóżku. Na jego ustach gościł uśmiech. A w szyi rurka tracheotomijna – to samo, czym oddychał przed śmiercią Jan Paweł II. Nie mógł mówić, zatem nam błogosławił! Jeden znak krzyża, drugi, trzeci… I ten uśmiech – nie zapomnę do końca życia!
Inny pan – pan Jerzy – powiedział mi, że wyglądam jak anioł. Dokładnie tak samo jak jego zmarła żona. Wzruszenie. Chciał wysłać mi kartkę na święta, po czym powiedział: ale chyba nie dożyję do Bożego Narodzenia, będę się za panią modlił. Chyba zdania dotrzymał. Raz nawet mi się śnił.
Inna kobieta. Wydawałoby się, że mówi totalnie od rzeczy. Coś o medaliku, który dostała na I Komunię. A potem zdrowaś Mario… Ciągle to samo. Wpatrzona w ścianę. Z lekką zadumą. Nie wiem, czy ogarniała rzeczywistość – wiem, że Pan Bóg ogarnie i tę jej prostą modlitwę. Wystarczy Obecność.
======================================
Odkryłam dzisiaj ważną dla mnie rzecz. Niektórzy z moich podopiecznych w Brańszczyku porozumiewają się symbolami Blissa. Zapisane w skoroszycie (jak u Kamila) czy wydrukowane na wózku inwalidzkim. Jeśli chcesz powiedzieć „dziękuję”, „dobrze”, „kocham”, możesz wskazać palcem czy oczami. Dzięki tym symbolom można utworzyć całe zdania, a nawet żarty słowne (jak właśnie w przypadku Kamila).
W języku szkockim słowo bliss oznacza tyle, co… błogosławić! Choć sam system pochodzi od nazwiska człowieka, który to wymyślił, mocno mnie to dzisiaj ujęło.
Jeśli nie umiesz czegoś powiedzieć, jeśli krzyż staje się zbyt ciężki, jeśli cierpienie przygniata cię do wózka inwalidzkiego lub jeśli nie masz ochoty wyjść z łóżka z powodu depresji, możesz pobłogosławić. Najpierw sobie samemu – to, według mnie, najtrudniejsze. Potem drugiej osobie. Tej, której chciałoby się dać w mordę, tej, której nikt dotychczas nie powiedział: jesteś ważna, jesteś cudowna czy kocham cię, chcę dla ciebie jak najlepiej. Pobłogosławić, mówiąc: nie musisz już nikogo udawać, bo ja cię przyjmuję… I ciebie też, Agato, która piszesz ten wpis. Ciebie może najbardziej.
Z doświadczenia wiem, że dzieją się cuda! Jeśli zamiast zabić kogoś słowem, powiemy mu coś miłego. Jeśli zamiast: ale jestem brzydka i mam wory pod oczami, stwierdzę, że dożyłam kolejnego dnia, by móc czynić dobro, móc się uśmiechać czy potrzymać za rękę.
Bez sztuczności. Bez wymuszenia. Po prostu BYĆ.
Doświadczyłam tego szczęścia. 
Niesamowicie uwalniające.
Może kiedyś o tym jeszcze napiszę, ale póki co – błogosławię sobie i…
dobrego wieczoru! :) 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Deo gratias!

"Wtedy, kiedykolwiek jest jakiś brak, potrzeba jest miłości miłosiernej, potrzeba jest wyobraźni miłosierdzia. Kiedy kocham drugiego, kiedy on nie jest mi w stanie odwzajemnić, kiedy jestem z nim, mimo że nie kocha mnie tak, jakbym tego potrzebował (...) potrzeba jest miłości miłosiernej, która kocha pomimo wszystko. (...) Popychajmy siebie do gestów miłości, której tak bardzo przecież potrzebujemy." 
Usłyszałam te słowa, z ust o. Roberta, podczas mojej własnej Mszy ślubnej.  Mszy, która zapoczątkowała nowe - a jednocześnie kontynuowała "stare" - życie. 
fot. Kam Video - Aś Jarosz
Kiedykolwiek jest jakiś brak...
Jeśli mąż nie pozmywa naczyń (a prosiłam go już kolejny raz...). Jeśli ja, zaaferowana książką, zapomnę wstawić obiad... Jeśli modlitwa wieczorna nie będzie taka, jak byśmy chcieli, żeby była... Jeśli nie mam wystarczająco siły, aby wstać z łóżka. Jeśli on... Jeśli ja...
Potrzeba jest wyobraźni miłosierdzia. Potrzeba jest miłości miłosiernej.
Miłości, która…

kochać i być kochanym

Z dzieciństwa niewiele pamiętam. Nie wiem, kto nauczył mnie "Ojcze nasz" czy "Zdrowaś Maryjo", nie jestem pewna, czy to babcia pokazała mi, jak wykonać znak krzyża, a może mama?... jednak w pamięci, głęboko wyryty, mam obraz mojej mamy, która modliła się przy moim łóżku, a gdy kroiła chleb, starała się o każdy okruch - żeby tylko nie spadł na ziemię... I zanim go ukroiła, czyniła na nim znak krzyża - żeby go nigdy nie zabrakło!

Z tą samą troską starała się nam pokazać, że ważny, najważniejszy jest szacunek do drugiego człowieka - niezależnie od tego, kim by był...

Kiedy o tym pomyślę, po plecach przechodzi mnie dreszcz. Dziwne uczucie. Jakby to było wczoraj! A przecież minęło już moje ćwierćwiecze, przecież od dawna nie mieszkam w rodzinnym domu, przecież wpadam tam tylko 'od święta' i na chwilę... Jednak obraz mamy całującej i błogosławiącej bochenek chleba... tego się chyba nigdy nie zapomina!

Z dzieciństwa - miałam wtedy 8, może 9 lat - pamiętam też moj…

Boję się Twojej miłości

Boję się wielu rzeczy. 
Boję się porzucenia. Boję się, że nie dam rady. Boję się samotnej jazdy pociągami (dlatego często wybieram Polskiego Busa). Boję się latania samolotem. Boję się chodzić sama ciemną nocą. Boję się księży, którzy z ambon mówią więcej o szatanie i złu 'tego świata' niż o Bogu i Jego miłości... Boję się często, co ludzie o mnie pomyślą... Boję się samotności.


Jedne lęki mnie paraliżują, inne po prostu sobie są, inne staram się pokonywać na wszelkie możliwe sposoby.
Więc jeżdżę pociągami (do samolotu wejść się jeszcze nie odważyłam...), w nocy też chodzę - bo do domu, po podróży, wrócić trzeba, a każdorazowe "nie dam rady" staram się zastąpić... najzwyklejszym działaniem. I tłumaczę sobie, że przecież nie zawsze muszę ją sobie dawać, bo przecież nie tytanem, a człowiekiem jestem.  Inni ludzie uważają mnie raczej za odważną i szaloną, aż szkoda, że nie wiedzą, ile galarety w sobie noszę i jak bardzo drżę podczas podejmowania każdej kolejnej decyzji…