Przejdź do głównej zawartości

Popatrzcie na niego


1. Stopy są bardzo poranione – od kamienia na drodze, od bicia pałkami po piętach oraz wskutek przebicia gwoździami. Dużo krwi wypłynęło z tych rozległych ran.

2. Poranione żebra. Widać ślady obicia, stłuczenia oraz wyjątkowo krwawą ranę, która powstała od ciosu włócznią. Zabity, choć już nie żył, przez tą ranę utracił bardzo wiele krwi i osocza. Takie oddzielenie jednego i drugiego sugeruje, że ni umarł od ran, czy uduszenia na krzyżu, lecz od zawału tak wielkiego, że można go nazwać tylko pęknięciem serca.

3. Ponad 120 śladów biczowania. Tyle może dostrzec nasze oko cierpliwie analizując Całun. Takie ślady odciśnięte na płótnie mogły stworzyć na ciele uderzenia ostrymi, elastycznymi witkami z drzew, skórzanymi biczami oraz biczami zakończonymi żelaznymi szponami i ołowianymi kulkami. Bito go po ramionach, plecach, udach, łydkach. Niecelne razy trafiały też w kark, czy nerki lub pierś. Widać też, że niektóre uderzenia mogły wyrwać całe kawałki ciała.




4. Potłuczenia i zdarta skóra powstały wskutek niesienia ciężkiej, szorstkiej krzyżowej belki.

5. Rany kłute na całej głowie , również na czole i w okolicy oczu powstały przez nałożenie cierniowej korony. Ślady obrzęków wskazują też bicie pięściami lub pałką. Twarz oraz ciemię były całe zalane krwią. Łatwo sobie wyobrazić opuchnięte, posiniaczone oczy, policzki. Nos mógł być bardzo uszkodzony. Można się domyślać, że wargi popękały lub zostały rozcięte, skoro one też spłynęły krwią.

6. Jeszcze więcej krwi musiało wypłynąć przez rany na dłoniach. Trudno powiedzieć, jakie rany kryją się pod dużą plamą skrzepłej krwi. Strup być może zakrył ślady zdarcia skóry przy upadkach. Na ramionach i przedramionach widać liczne ślady biczowania. Musiały po nich spływać strugi krwi.

Oto człowiek!

Jeśli chcesz zrozumieć, co to znaczy, że Bóg jest miłością, przypatrz się z bliska temu, jak Chrystus cierpiał za nas.
Od wieków, od zawsze kochał nas Bóg. Gdy nie było jeszcze niczego, zapragnął nas. Stworzył dla nas najpierw przestrzeń – miejsce, by powstało życie. Cierpliwie i z wielką miłością kształtował krok po kroku, by wreszcie stworzyć człowieka – mężczyznę i kobietę!
Powołał nas do szczęścia i obdarzył swoją przyjaźnią. U Boga mógł człowiek cieszyć się pięknem świata, dobrem i trwałym dostatkiem, a nadto wszystko karmić się miłością Boga.

Dziś z tego stanu pełni, spełnienia pozostają tylko wielkie pragnienia, których w naszym sercu nic nie jest w stanie zupełnie zaspokoić. Bo człowiek zgrzeszył. Miotamy się w poszukiwaniu szczęścia próbując znaleźć je w bogactwie, sławie lub szacunku u innych ludzi, korzystaniu z uroków życia, czy władzy nad innymi. Zamiast szczęścia w dostatku materialnym znajdujemy rozrzutności i marnotrawstwo, gdy na naszych oczach inni cierpią głód, zazdrość zamiast sławy, zawiść zamiast szacunku, jakiego pragniemy, egoizm zamiast cieszenia się pięknem życia oraz przemoc i pogardę, które przychodzą zawsze, gdy ktoś pragnie władzy, by zaspokoić niepokój swego serca i brak szczęścia.
Jeśli chcesz zrozumieć, co to znaczy, że człowiek zgrzeszył, popatrz znów na całun. Tu każda rana zieje nienawiścią oprawców. Każda rana pokazuje „jacy to my jesteśmy silni, jak się z nami trzeba liczyć, bać”. Z każdej rany wyziera egoizm, podstęp, przewrotność. Na końcu widać, że wychodzi z nas wielki strach. Muszę przecież być taki, bo inaczej cała ta przemoc może się obrócić przeciw mnie, muszę ja pierwszy oszukać, pierwszy być cwany, pierwszy muszę zadbać tylko o siebie, bo inaczej …
I niech teraz podniesie rękę, kto jest pewny, że w żaden sposób nie przyłożył tej swojej ręki do cierpień Chrystusa. Popatrzcie na całun. To my sami, dziś, zadajemy mękę naszemu Panu.

Straszna jest przepaść, jaka dzieli świętość Boga od naszej przewrotnej, grzesznej natury. Nikt z nas jej nie może przekroczyć i żaden nasz wysiłek nie może naprawić tego, co zniszczył grzech.

Czy nie chcielibyście zawołać „co mamy czynić?”. Czy nie chcielibyście zawołać, tymi słowami, jak w dzień Zesłania Ducha Świętego ludzie pytali Piotra Apostoła? Chrystus nas odkupił na Krzyżu, ale czy ten krzyż dotrze do nas ze zbawieniem? To zależy od tego, czy my się zgodzimy, żeby Chrystus wszedł w nasze życie.
A my przecież na sto sposobów próbujemy zbawić samych siebie:
- sam sobie poradzę
- przecież jestem dobrym człowiekiem; nikogo nie zabiłem, ani nie okradłem
- przecież modlę się, do kościoła chodzę, to mi pewnie wystarczy
- jakby co, to pójdę na pielgrzymkę i sobie odpokutuję i będzie OK
- przecież Bóg jest taki dobry, że nie będzie zwracał uwagi na moje przegięcia …
Ale zbawić nas może tylko Chrystus. Karą za grzech jest śmierć, jak mówi Pismo. A my mamy tylko jedno życie. Za to Chrystus, który pokonał śmierć ma moc zbawić na z każdego grzechu, uwolnić od kary za zło. „Kto uwierzy, ten będzie zbawiony”, kto nie uwierzy, ten nie będzie.

Wiec, co czynić? Jak zasypać tą nieskończoną przepaść, jaka przez grzech dzieli nas od miłości, przyjaźni Boga, od raju.
Przyjąć Chrystusa, uczynić Go Panem swojego życia. Oznacza to pozwolić, by On teraz moim życiem kierował. Przyjąć Chrystusa, uczynić Go swoim Zbawicielem. Oznacza to przyznać się do swoich słabości, do grzechu i pozwolić, by to On opatrzył nasze rany.
Zawrzeć Przymierze z Bogiem, na mocy tego przymierza „ja oddaję mu siebie, a on mnie prowadzi i troszczy się o mnie”

Dla tych, co "dziś" posłuchają głosu Słowa Bożego, dla tych, co dadzą wiarę miłości Boga, dla tych, co uwierzą w zmartwychwstanie Chrystusa i przystąpią do przymierze jest obietnica. Już niedługo na waszych oczach się spełni. Każdy, kto dziś przyjmie z wiarą Chrystusa jako Pana i Zbawiciela otrzyma wkrótce dar, Ducha Świętego, którego ześle nam Ojciec i Syn za pięćdziesiąt dni, w Zielone Święta. A będzie to wielki znak i moc wielka, by zmienić nasze życie i uczynić z wierzących jeden Kościół. Amen.

Popularne posty z tego bloga

Czy Pan jest księdzem?

Czy Pan jest księdzem? - Tak! - Katolickim księdzem? - Tak! - A ksiądz pomaga tym ludziom? - No, takkk... - To ja to bardzo szanuję.
Starszy pan odwrócił się i oddalił od nas, ale było widać, że płacze. Dosłownie w momencie jego oczy, lekko ukryte za przyciemnianymi okularami zapełniły się wstydliwymi łzami. Chciałem jeszcze zagadać, zapytać, czy wszystko w porządku itp. ale łzy chyba nie pozwoliły mu na luksus rozmowy.



Może nasłuchał się już tak wielu skarg, żali, utyskiwań, czy wręcz skandalicznych relacji z "życia Kościoła", że widok czegoś innego, spoza schematy wycisnął mu nagle łzy z oczu, łzy wzruszenia, że to, co w Kościele kocha i za czym tęskni nie przepadło całkiem.

Nasza grupa właśnie opuszczała Rynek Główny, wózki w jedną stronę z wolontariuszami, ja z tymi chodzącymi, ale z trudem, ruszyliśmy w drugą, do Brańszczykobusa. Po drodze moi podopieczni entuzjastycznie witali i pozdrawiali staruszki siedzące na ławeczkach, śmiali się, śpiewali piosenki, które dopiero…

Boję się Twojej miłości

Boję się wielu rzeczy. 
Boję się porzucenia. Boję się, że nie dam rady. Boję się samotnej jazdy pociągami (dlatego często wybieram Polskiego Busa). Boję się latania samolotem. Boję się chodzić sama ciemną nocą. Boję się księży, którzy z ambon mówią więcej o szatanie i złu 'tego świata' niż o Bogu i Jego miłości... Boję się często, co ludzie o mnie pomyślą... Boję się samotności.


Jedne lęki mnie paraliżują, inne po prostu sobie są, inne staram się pokonywać na wszelkie możliwe sposoby.
Więc jeżdżę pociągami (do samolotu wejść się jeszcze nie odważyłam...), w nocy też chodzę - bo do domu, po podróży, wrócić trzeba, a każdorazowe "nie dam rady" staram się zastąpić... najzwyklejszym działaniem. I tłumaczę sobie, że przecież nie zawsze muszę ją sobie dawać, bo przecież nie tytanem, a człowiekiem jestem.  Inni ludzie uważają mnie raczej za odważną i szaloną, aż szkoda, że nie wiedzą, ile galarety w sobie noszę i jak bardzo drżę podczas podejmowania każdej kolejnej decyzji…

paradoks Miłości

Bóg dał człowiekowi wolną wolę, więc nie może nikogo zmuszać do miłości, Jego trzeba wybrać. To jest paradoks: Wszechmogący, który wszystkiego nie może. Przychodzi i prosi o miłość.  ks. Jan Twardowski
Ostatnio coraz mocniej zdaję sobie sprawę, że istnieje w świecie duży deficyt miłości. Żyjemy, śnimy i umieramy… samotnie. Czekamy, aż ktoś nam powie: kocham cię; aż ktoś zapewni, że jest obok; aż ktoś przytuli, gdy będziemy w potrzebie. Czasem się tak dzieje – jednak nie zawsze i nie u każdego. Samotność nie mija, a pobłębia się. Niby wszyscy o tym wiemy, a jednak… często nie umiemy, nie chcemy, boimy się tę samotność zmniejszyć. Ona przecież nie zawsze jest zła, nie musimy jej tępić.  „Ale żeby chociaż tak nie bolało” – powiedziała do mnie jedna z moich koleżanek. „Chociaż tak…”.
Półtora roku temu zmarł mój dziadek. Rak żołądka, który się do niego przyczepił, strasznie go wyniszczył. Dziadek przez ostatnie miesiące swojego życia jadł przez sondę. Bardzo długo zachował swoją żywotność …