Przejdź do głównej zawartości

Na stres przed maturą

Jutro rozdanie świadectw. Dostaniecie na papierze podsumowanie swoich osiągnięć. W skali od 1 do 6. Wkrótce stawicie się na egzaminy. Poważna sprawa! Zbierze się komisja, będą przygotowane pytania, zapieczętowane koperty, arkusze, zegar zacznie tykać. Dostaniecie zadania, a jeszcze nie wiecie, jakie. Odczuwacie stres przed egzaminem?


Jak wykorzystać ostatnie chwile przygotowania?Jak tu opanować emocje i racjonalnie przysiąść do pisania? Jak wykrzesać z siebie 100% na maturze? Może się znajdzie jakaś sprawdzona metoda? Pytaliście już starszych kolegów/koleżanek, co oni zrobili? Pili melisę, czy kawę, jedli czekoladę, czy tylko pili wodę. Spali długo rano i uczyli się nocami, czy na odwrót? Interesuje Was, co przynosi szczęście w takich sytuacjach? To zobaczcie, jak poszedł najtrudniejszy egzamin Piotra i Jana.

Piotr i Jan, dwaj uczniowie Jezusa, wywołali w całej Jerozolimie niezłe zamieszanie.
Dokonali cudu, który wprawił w euforię tłumy ludzi, którzy zaczęli wierzyć w Jezusa. Z tego powodu zwierzchnicy i starsi ludu wpadli w zakłopotanie i rozbolały ich głowy.
Wysłali więc żołnierzy i zaufanych urzędników, aby postawić ich przed swoim sądem, zrobić z uczniami Jezusa porządek. Piotr i Jan stają przed nimi na baczność, jak maturzyści na egzaminie. Odpowiadają na ich pytania.


(Dz 4,1-12):
Gdy Piotr i Jan przemawiali do ludu, po uzdrowieniu chromego, podeszli do nich kapłani i dowódca straży świątynnej oraz saduceusze oburzeni, że nauczają lud i głoszą zmartwychwstanie umarłych w Jezusie.
Zauważcie, że uczniowie do tej pory byli “w szkole”, a jeśli stawali przed ludźmi, to tylko jako uczniowie przy swoim nauczycielu. Teraz ich zachowanie jest już bardzo inne. To nie są zwykli uczniowie. Stali się kimś innym.
Zatrzymali ich i oddali pod straż aż do następnego dnia, bo już był wieczór. A wielu z tych, którzy słyszeli naukę, uwierzyło. Liczba mężczyzn dosięgała około pięciu tysięcy.
Co to za uczniowie, którzy sami mają kilka tysięcy uczniów, zasłuchanych w ich naukę?!
Następnego dnia zebrali się ich przełożeni i starsi, i uczeni w Jerozolimie: arcykapłan Annasz, Kajfasz, Jan, Aleksander i ilu ich było z rodu arcykapłańskiego. Postawili ich w środku i pytali:
To jest właśnie komisja egzaminacyjna! Dwóch “uczniów Jezusa”, kontra komisja, która chce ich zniszczyć. Jeszcze nie tak dawno przecież wzięli sobie za cel zniszczyć ich nauczyciela, ich mistrza i udało im się doprowadzić do ukrzyżowania. Co teraz chcą zrobić z Jego uczniami, gdy Ci zaczęli występować publicznie.
Czyją mocą albo w czyim imieniu uczyniliście to? Wtedy Piotr napełniony Duchem Świętym powiedział do nich:




Czy Piotr był jakoś przygotowany do takiego egzaminu? Uczył się, brał korepetycje, zastanawiał się, jakie mogą paść pytanie? Czy bardzo się bał? Przecież za “oblanie egzaminu” mógł zginąć! Może powinien mówić tak, żeby się tej “komisji” przypodobać, żeby byli zadowoleni; może miał ze strachu przytakiwać, albo "ściągać" i próbować komisję oszukać… Staje przed nimi i mówi z całą odwagą:

“Przełożeni ludu i starsi! Jeżeli przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek uzyskał zdrowie, to niech będzie wiadomo wam wszystkim i całemu ludowi Izraela, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka - którego ukrzyżowaliście, a którego Bóg wskrzesił z martwych - że przez Niego ten człowiek stanął przed wami zdrowy.”
A jeśli to jeszcze wydaje sie Wam mało, to zobaczcie, że swoim egzaminatorom zarzucają błędy i poprawiają ich otwarcie:
On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.
No, niech ktoś z Was tak spróbuje na egzaminie ustnym! To przecież kamikaze. Co takiego stało się z wystraszonymi uczniami, którzy uciekli od Jezusa w chwili, gdy zjawili się żołnierze? Co takiego przeżyli, że teraz nie boją się żadnego egzaminu, żadnej komisji!


* * *

Komisja egzaminacyjna wydaje się Wam wrogiem, który chce Was zniszczyć? Jeśli tak, to zapytajcie się siebie, czy mieliście też swojego nauczyciela, który Was prowadził, pokazywał drogę, dawał przykład??? Powszechnie uczniowie narzekają na nauczycieli… dopiero po latach to się zmienia. Jeśli macie nauczyciela, który nie tylko przekazuje wiedzę i stawia stopnie, ale fascynuje, zachęca, daje przykład, to jest spory sukces. Takiego można ze świecą szukać.

Piotr mógł zginąć, gdyby “oblał egzamin”. Czujecie podobną presję? Jasne, że dzisiaj matura nie decyduje o życiu i śmierci, a na poprawki jest pięć lat, ale wasza przyszłość może zależeć od tego, jak Wam pójdzie. Może ten maturalny egzamin jest śmiesznie mały w porównaniu z tymi egzaminami, jakie przyniesie Wam życie? Co wtedy zrobicie bez dobrego nauczyciela?

Uczniowie nabrali nieprawdopodobnej odwagi. I to się nazywa dojrzałość. Wiem, kim jestem, wiem, co jest dobre, a co złe i umiem dokonać wyboru, nawet jeśli trzeba za to słono zapłacić. Matura jest zwana egzaminem dojrzałości, ale dopiero życie pokaże, ile są warte stopnie na świadectwie dojrzałości.


* * *

Możecie mieć takiego “super pedagoga”, nawet jeśli w waszym LO są tylko sami “wykładacze materiału”.

Przygotowaliście się na maturę, ale nie czujecie się gotowi do dojrzałego życia, dorosłych problemów? Krysys ekonomiczny, brak pracy, brak perspektyw, bezwzględność ludzi dorosłych, egoizm… wszystko to podcina Wam skrzydła? Bez dobrego nauczyciela ciężko się nie bać takich wyzwań.

Ciągle płyniecie z prądem, nie umiecie obronić swego zdania? 

No i co teraz? Teraz powiem wam, skąd się bierze szczęścia na maturze. Pamiętacie, że Jezus żyje? Dla Piotra i Jana wiele się zmienia wraz z wizytą w pustym grobie, wraz ze spotkaniem ze Zmartwychwstałym, ale wciąż nie mają takiej odwagi, wciąż są przestraszonymi uczniakami. Od chwili, gdy Jezus wstąpił do nieba jeszcze bardziej czują się samotni, niepewni, zagubieni. I my tak samo. Nasz nauczyciel jest jakoś tak daleko i w ogóle... Aż do chwili, gdy zstępuje Duch Święty tkwimy w wątpliwościach. Kiedy przychodzi Duch, nasz mistrz, wychowawca jest z nami zawsze. Nawet przy tak śmiesznym, łatwym zadaniu, jak matura!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Deo gratias!

"Wtedy, kiedykolwiek jest jakiś brak, potrzeba jest miłości miłosiernej, potrzeba jest wyobraźni miłosierdzia. Kiedy kocham drugiego, kiedy on nie jest mi w stanie odwzajemnić, kiedy jestem z nim, mimo że nie kocha mnie tak, jakbym tego potrzebował (...) potrzeba jest miłości miłosiernej, która kocha pomimo wszystko. (...) Popychajmy siebie do gestów miłości, której tak bardzo przecież potrzebujemy." 
Usłyszałam te słowa, z ust o. Roberta, podczas mojej własnej Mszy ślubnej.  Mszy, która zapoczątkowała nowe - a jednocześnie kontynuowała "stare" - życie. 
fot. Kam Video - Aś Jarosz
Kiedykolwiek jest jakiś brak...
Jeśli mąż nie pozmywa naczyń (a prosiłam go już kolejny raz...). Jeśli ja, zaaferowana książką, zapomnę wstawić obiad... Jeśli modlitwa wieczorna nie będzie taka, jak byśmy chcieli, żeby była... Jeśli nie mam wystarczająco siły, aby wstać z łóżka. Jeśli on... Jeśli ja...
Potrzeba jest wyobraźni miłosierdzia. Potrzeba jest miłości miłosiernej.
Miłości, która…

kochać i być kochanym

Z dzieciństwa niewiele pamiętam. Nie wiem, kto nauczył mnie "Ojcze nasz" czy "Zdrowaś Maryjo", nie jestem pewna, czy to babcia pokazała mi, jak wykonać znak krzyża, a może mama?... jednak w pamięci, głęboko wyryty, mam obraz mojej mamy, która modliła się przy moim łóżku, a gdy kroiła chleb, starała się o każdy okruch - żeby tylko nie spadł na ziemię... I zanim go ukroiła, czyniła na nim znak krzyża - żeby go nigdy nie zabrakło!

Z tą samą troską starała się nam pokazać, że ważny, najważniejszy jest szacunek do drugiego człowieka - niezależnie od tego, kim by był...

Kiedy o tym pomyślę, po plecach przechodzi mnie dreszcz. Dziwne uczucie. Jakby to było wczoraj! A przecież minęło już moje ćwierćwiecze, przecież od dawna nie mieszkam w rodzinnym domu, przecież wpadam tam tylko 'od święta' i na chwilę... Jednak obraz mamy całującej i błogosławiącej bochenek chleba... tego się chyba nigdy nie zapomina!

Z dzieciństwa - miałam wtedy 8, może 9 lat - pamiętam też moj…

Boję się Twojej miłości

Boję się wielu rzeczy. 
Boję się porzucenia. Boję się, że nie dam rady. Boję się samotnej jazdy pociągami (dlatego często wybieram Polskiego Busa). Boję się latania samolotem. Boję się chodzić sama ciemną nocą. Boję się księży, którzy z ambon mówią więcej o szatanie i złu 'tego świata' niż o Bogu i Jego miłości... Boję się często, co ludzie o mnie pomyślą... Boję się samotności.


Jedne lęki mnie paraliżują, inne po prostu sobie są, inne staram się pokonywać na wszelkie możliwe sposoby.
Więc jeżdżę pociągami (do samolotu wejść się jeszcze nie odważyłam...), w nocy też chodzę - bo do domu, po podróży, wrócić trzeba, a każdorazowe "nie dam rady" staram się zastąpić... najzwyklejszym działaniem. I tłumaczę sobie, że przecież nie zawsze muszę ją sobie dawać, bo przecież nie tytanem, a człowiekiem jestem.  Inni ludzie uważają mnie raczej za odważną i szaloną, aż szkoda, że nie wiedzą, ile galarety w sobie noszę i jak bardzo drżę podczas podejmowania każdej kolejnej decyzji…