Przejdź do głównej zawartości

Franciszek miesza się do polityki

Franciszek zamieszał. Każe się chrześcijanom mieszać. I to wszystkim; nie księżom, ale wszystkim. Przez czynne uczestnictwo, przez modlitwę. Słusznie, jeśli nie znajdą się ludzie uczciwi, odważni, to nic się nie zmieni na lepsze, a zmienić się musi. Stereotyp, że polityka jest brudna, sprawia, że wielu godnych zaufania ludzi nie chce się angażować... Mówią, że można się pobrudzić, a wszyscy widzą, że trzeba zrobić pranie!

Bez mieszania nie ma zupy. Może jednak polityce potrzebne jest zamieszanie, zmiana.

Pisałem o tym na moim profilu na FB. Wybuchła dyskusja. Ale na temat księży mieszających się do polityki. Bardzo ciekawe, skąd tyle ciasnych skojarzeń, skoro miało być o pozytywnym wkładzie wierzących w życie społeczne? Franciszek zamieszał w polityce? I co to będzie za zupa, kiedy się ugotuje?



Parę pytań na początek: "Ksiądz mieszający się do polityki jest dla mnie skreślony" Mam dać się skreślić, czy siedzieć cicho? Trochę taki szantaż tu czuję...

Co to znaczy mieszać się do polityki? Nie wolno mi kandydować w wyborach, czy nie wolno mi iść głosować? Chyba mam jakieś prawa obywatelskie, czy nie? Jest jakaś ustawa, która mi tego zabrania? Ok, ok, przecież wiem. Chodzi o to, że ksiądz na ambonie coś mówił, że kazanie było polityczne... Tylko czemu ksiądz nie może mówić politycznie? W końcu ksiądz to obywatel jak każdy. Więc może mieć poglądy i może je głosić. Mam rację, czy nie? Czy jakaś kościelna ustawa zabrania na ambonie wypowiadać się na tzw. "tematy", bo żadna państwowa ustawa tego nie robi. Więc o co ludziom chodzi?

Na tą kwestię wielu mówi, że ksiądz nie jest do tego powołany, że Jezus tak nie robił (skąd ta pewność?), że nie chcemy księdza, co mówi o polityce, tylko, takiego co mówi o Jezusie. Tu się poddaję. Faktycznie, ci ludzie mają rację, moim powołaniem jest mówić o Jezusie.

To jest pierwszy schemat, niemal już skostniały i jak się sprawę przemyśli, to widać, że wielu się w tym gubi. Księża mogą zabierać głos na dowolny temat. Sami siebie pilnujemy (lepiej lub gorzej), żeby to co mówimy było: 1. głoszeniem Jezusa, 2. nauczaniem moralności chrześcijańskiej oraz 3. żeby pasowało to do obecnej rzeczywistości (zamieszanie pewnie wywołuje obecność punktu 3).

Kolejna sprawa. "Mówienie o polityce"... a co to niby znaczy? Jakby kapelan parlamentarzystów wytykał z ambony uchybienia moralne polityków, to byłby już skreślony za politykę? A może właśnie to powinien robić? Jezus nie miał oporów, żeby pocisnąć faryzeuszom, saduceuszom (ci z pewnością byli "zamieszani" w politykę), czy członkom sanhedrynu. Zżera mnie ciekawość, co Jezus powiedziałby dzisiaj na widok naszej sceny politycznej?

"Mieszanie się do polityki". No uwielbiam to określenie. Jak mieczem machają nim wszyscy, którzy chcieliby, żeby księża/świeccy/Kościół/wierzący siedzieli cicho. Najbardziej machają, gdy sami "lobbują" - bo oni się nie mieszają, tylko lobbują, a lobbowanie jest spoko.
Jak księża mówią, że aborcja jest zabijaniem, to mieszają się do polityki (bo domaganie się ochrony życia w polskim prawie według aborcjonistów jest mieszaniem się i w ogóle czymś złym - a dokładniej złym wynikiem finansowym). Jak księża mówią, że in-vitro jest niegodziwym uciekaniem od leczenia niepłodności, to mieszają się do polityki... Facepalm.

"Nie mieszaj się w nieswoje sprawy" - i już wszystko jasne. To nie są moje sprawy. Jak pracodawcy wykorzystują pracowników, to ja się nie powinienem mieszać (politycy też już się do tego nie mieszają). Jak grzech korupcji, jak przywileje dla kolesi, jak przekręty z prywatyzacją, czy z upadłościami państwowych przedsiębiorstw, to najlepiej mówić, że to nie jest moja sprawa. See no evil, hear no evil, tell no evil. Idealnie! Taki to jest idealny ksiądz!

Franciszek zamieszał. Każe się chrześcijanom mieszać.

Jeśli nie znajdą się ludzie uczciwi, odważni, to nic się nie zmieni na lepsze, a zmienić się musi. Stereotyp, że polityka jest brudna, sprawia, że wielu godnych zaufania ludzi nie chce się angażować... Mówią, że można się pobrudzić, a wszyscy widzą, że trzeba zrobić pranie!

Próbuję sobie wyobrazić Polskę z moimi parafianami w rolach głównych. Jakoś głęboko pod skórą wierzę, że są wśród nas ludzie dobrzy, uczciwi, kompetentni. Gdyby tak przestali milczeć... Może mają zbyt wiele do stracenia?

Chyba właśnie mieszam się w politykę... Nigdy jeszcze mi się nie zdarzyło, a już na pewno nie z ambony.

Popularne posty z tego bloga

Czy Pan jest księdzem?

Czy Pan jest księdzem? - Tak! - Katolickim księdzem? - Tak! - A ksiądz pomaga tym ludziom? - No, takkk... - To ja to bardzo szanuję.
Starszy pan odwrócił się i oddalił od nas, ale było widać, że płacze. Dosłownie w momencie jego oczy, lekko ukryte za przyciemnianymi okularami zapełniły się wstydliwymi łzami. Chciałem jeszcze zagadać, zapytać, czy wszystko w porządku itp. ale łzy chyba nie pozwoliły mu na luksus rozmowy.



Może nasłuchał się już tak wielu skarg, żali, utyskiwań, czy wręcz skandalicznych relacji z "życia Kościoła", że widok czegoś innego, spoza schematy wycisnął mu nagle łzy z oczu, łzy wzruszenia, że to, co w Kościele kocha i za czym tęskni nie przepadło całkiem.

Nasza grupa właśnie opuszczała Rynek Główny, wózki w jedną stronę z wolontariuszami, ja z tymi chodzącymi, ale z trudem, ruszyliśmy w drugą, do Brańszczykobusa. Po drodze moi podopieczni entuzjastycznie witali i pozdrawiali staruszki siedzące na ławeczkach, śmiali się, śpiewali piosenki, które dopiero…

Boję się Twojej miłości

Boję się wielu rzeczy. 
Boję się porzucenia. Boję się, że nie dam rady. Boję się samotnej jazdy pociągami (dlatego często wybieram Polskiego Busa). Boję się latania samolotem. Boję się chodzić sama ciemną nocą. Boję się księży, którzy z ambon mówią więcej o szatanie i złu 'tego świata' niż o Bogu i Jego miłości... Boję się często, co ludzie o mnie pomyślą... Boję się samotności.


Jedne lęki mnie paraliżują, inne po prostu sobie są, inne staram się pokonywać na wszelkie możliwe sposoby.
Więc jeżdżę pociągami (do samolotu wejść się jeszcze nie odważyłam...), w nocy też chodzę - bo do domu, po podróży, wrócić trzeba, a każdorazowe "nie dam rady" staram się zastąpić... najzwyklejszym działaniem. I tłumaczę sobie, że przecież nie zawsze muszę ją sobie dawać, bo przecież nie tytanem, a człowiekiem jestem.  Inni ludzie uważają mnie raczej za odważną i szaloną, aż szkoda, że nie wiedzą, ile galarety w sobie noszę i jak bardzo drżę podczas podejmowania każdej kolejnej decyzji…

paradoks Miłości

Bóg dał człowiekowi wolną wolę, więc nie może nikogo zmuszać do miłości, Jego trzeba wybrać. To jest paradoks: Wszechmogący, który wszystkiego nie może. Przychodzi i prosi o miłość.  ks. Jan Twardowski
Ostatnio coraz mocniej zdaję sobie sprawę, że istnieje w świecie duży deficyt miłości. Żyjemy, śnimy i umieramy… samotnie. Czekamy, aż ktoś nam powie: kocham cię; aż ktoś zapewni, że jest obok; aż ktoś przytuli, gdy będziemy w potrzebie. Czasem się tak dzieje – jednak nie zawsze i nie u każdego. Samotność nie mija, a pobłębia się. Niby wszyscy o tym wiemy, a jednak… często nie umiemy, nie chcemy, boimy się tę samotność zmniejszyć. Ona przecież nie zawsze jest zła, nie musimy jej tępić.  „Ale żeby chociaż tak nie bolało” – powiedziała do mnie jedna z moich koleżanek. „Chociaż tak…”.
Półtora roku temu zmarł mój dziadek. Rak żołądka, który się do niego przyczepił, strasznie go wyniszczył. Dziadek przez ostatnie miesiące swojego życia jadł przez sondę. Bardzo długo zachował swoją żywotność …